Naftowi giganci zwijają zielone żagle. Koniec ery łatwego ESG
Najwięksi naftowi gracze tną wydatki na niskoemisyjne projekty do najniższego poziomu od 2019 r. Wracają do tego, co znają najlepiej: ropy i gazu. Na sztandarach mają energię odnawialną, ale przepływy pieniężne coraz wyraźniej płyną z powrotem do odwiertów i gazowych złóż. Wszystko napędzane hasłami „bezpieczeństwo energetyczne” i „popyt AI na prąd”.
Według danych z najnowszego raportu Equirus Securities, łączne wydatki globalnych superkoncernów na projekty niskoemisyjne spadły w 2025 r. do ok. 8,3 mld USD z ok. 24 mld USD rok wcześniej. To najniższy poziom od 2019 r. To także pierwsza sytuacja, gdy cięcia „zielonych” nakładów zbiegają się z jednoczesnym wzrostem wydatków na węglowodory.
Powrót do ropy: od narracji ESG do rachunku zysków
Branża, która jeszcze niedawno prześcigała się w ogłaszaniu neutralności klimatycznej i rekordowych budżetów na OZE, dziś zachowuje się jak inwestor. Po krótkiej fascynacji modnym aktywem wraca do defensywnych, dobrze znanych pozycji.
BP to najbardziej spektakularny przykład tej korekty: spółka ogłosiła, że obniża roczne nakłady na transformację energetyczną o ponad 5 mld USD, do poziomu 1,5–2 mld USD rocznie. Jednocześnie podnosi capex na ropę i gaz do ok. 10 mld dol. rocznie.
W praktyce oznacza to, że każdy „zielony” dolar ma być ważony nie klimatycznym PR-em, lecz stopą zwrotu. Jednak najwyższe marże wciąż oferują klasyczne projekty upstream.
Strategia BP: reset ambicji czy trzeźwe otwarcie oczu?
Nowa strategia BP zakłada utrzymanie produkcji w 2030 r. w przedziale 2,3–2,5 mln baryłek ekwiwalentu ropy dziennie. Jednocześnie tylko w USA firma celuje w około 1 mln boe/d. To korekta wobec wcześniejszych planów dość agresywnego wygaszania wydobycia i wzmacniania filara niskoemisyjnego. Korekta, którą zarząd sprzedaje jako „bardziej realistyczny” kurs. Ma to być pogodzenie zwrotu dla akcjonariuszy z „ewolucją”, a nie rewolucją energetyczną.
Prezes BP Murray Auchincloss otwarcie mówi o „redukcji i realokacji nakładów inwestycyjnych do najbardziej rentownych biznesów”. W tłumaczeniu na operacyjny język oznacza to priorytet dla tradycyjnych projektów upstream. Dzieje się to kosztem bardziej ryzykownych i regulacyjnie zależnych inwestycji w OZE, wodór czy biopaliwa.
Dla inwestorów zmiana ma sens: sektor ropy i gazu wciąż generuje nadwyżki gotówki. Tymczasem część zielonych projektów rozczarowała zarówno stopą zwrotu, jak i ryzykiem politycznym.
Equinor i Troll: gaz jako „zielony kompromis” Europy
Equinor wpisuje się w ten trend, ale pod bardziej „europejskim” szyldem: spółka zatwierdziła nowy podmorski projekt gazowy TWIN na złożu Troll o wartości nieco ponad 4 mld NOK (ok. 410 mln USD). Zasoby szacowane są na ok. 11 mld standardowych m³ gazu. Start produkcji planowany jest na 2028 r., jako trzeci etap programu Troll Phase 3.
W warunkach europejskiej wojny nerwów o dostawy gazu po rosyjskiej agresji na Ukrainę, tego typu projekty wpisują się w doktrynę „bezpieczeństwa energetycznego ponad wszystko”. Dla Equinoru to czysta matematyka: długoterminowe kontrakty gazowe z Europą, przewidywalny popyt oraz polityczne przyzwolenie na gaz jako „paliwo przejściowe” czynią z takich inwestycji atrakcyjną lokatę kapitału.
Shell, Exxon, Chevron: wielka trójka gra na wolumen
Shell, ExxonMobil i Chevron również zapowiadają zwiększanie produkcji paliw kopalnych. Przesuwają środek ciężkości strategii z „dekarbonizacji portfela” na „optymalizację wartości baryłki”. Oznacza to większe wolumeny ropy i gazu, często z nowych złóż i projektów offshore. Jeszcze kilka lat temu byłyby trudne do uzasadnienia w warunkach rosnącej presji ESG.
W tle widać zmianę tonu rynków kapitałowych: po okresie „zielonej euforii” inwestorzy nauczyli się odróżniać modne narracje od przepływów pieniężnych. Teraz znów premiują koncerny, które potrafią stabilnie generować gotówkę z podstawowego biznesu. Jednocześnie rosnący koszt kapitału, wyższe stopy procentowe i napięcia geopolityczne sprawiają, że długie, kapitałochłonne inwestycje w OZE są dziś mniej oczywistym wyborem niż kilka lat temu.
AI, data centers i paradoks „zielonej digitalizacji”
Nowym, niezwykle wygodnym dla branży paliwowej argumentem stał się eksplodujący popyt na energię ze strony centrów danych i infrastruktury sztucznej inteligencji. Analitycy podkreślają, że boom AI radykalnie podnosi prognozy zużycia energii elektrycznej, szczególnie w USA i Europie. To wykorzystywane jest jako uzasadnienie dla nowych projektów gazowych i wydobywczych.
Równolegle analiza BloombergNEF z marca wskazuje, że globalne wydatki koncernów na technologie niskoemisyjne spadły w 2025 r. o ponad jedną trzecią – to pierwszy taki roczny spadek od ośmiu lat. Innymi słowy, cyfrowa transformacja, która miała być jednym z motorów przyspieszenia zielonej rewolucji, stała się paradoksalnie pretekstem do wzmocnienia pozycji paliw kopalnych jako „zasilania pod AI”.
ESG pod presją: między inwestorem a regulatorem
Twarde dane o cięciach wydatków zderzają się z przeciwstawnym przekazem politycznym i regulacyjnym. Międzynarodowa Agencja Energetyczna w swoich scenariuszach wyraźnie podkreśla, że sektor naftowy – jeśli ma zachować wiarygodność klimatyczną – powinien dramatycznie podnieść poziom inwestycji w czystą energię. Tymczasem praktyka pokazuje odwrotny kierunek: więcej kapitału płynie w ropę i gaz, mniej w OZE.
Z punktu widzenia zarządów spółek równanie jest brutalnie proste: regulatorzy domagają się przyspieszenia transformacji, inwestorzy oczekują dywidend, buybacków i wysokiego ROCE, a konsumenci – taniej i niezawodnej energii „tu i teraz”. Klimatyczne zobowiązania, choć widowiskowe na slajdach, w zderzeniu z wyższymi stopami procentowymi i niestabilnością geopolityczną przegrywają z krótkoterminową presją wyników.
Co dalej: nowa realność czy chwilowa korekta?
Obecne cięcia nakładów na niskoemisyjne projekty nie muszą oznaczać definitywnego odwrotu od zielonej transformacji. Jednak z pewnością kończą epokę „łatwego ESG”, w której deklaracje i PR bywały równie ważne jak realny CAPEX. Jeśli wysokie ceny energii i napięcia geopolityczne utrzymają się, sektor naftowy będzie miał silny mandat ekonomiczny, by dalej zwiększać nakłady na ropę i gaz. Będzie argumentować to koniecznością stabilizacji rynku.
Kluczowe pytanie dotyczy tego, kto wypełni powstałą lukę inwestycyjną w czystej energii: rządy i spółki użyteczności publicznej, sektor prywatny spoza oil & gas, a może nowi gracze technologiczni? Dla inwestorów i regulatorów sygnał jest jasny – sama retoryka net-zero nie wystarczy. To, co liczy się naprawdę, widać w budżetach inwestycyjnych. Te pokazują, że naftowi giganci znów postawili na znane od dekad, wciąż bardzo dochodowe paliwo – ropę i gaz.
BA/S
